piątek, 1 listopada 2013

Nikt nie spodziewał się polskiej literatury, czyli toldie przegrała w "skisłaś"

 
   Pewnie każdy w was pamięta starą dobrą, podstawówkową zabawę w "skisłeś". Nazwa może różnić się w zależności od regionu, w którym się wychowywaliście, ale niezależnie czy mówiliście "na dwór" czy "na pole", "temperówka" czy "strugaczka", każdy z was tego prawdopodobnie doświadczył. Siedzicie sobie spokojnie na lekcji, prawdopodobnie bazgrząc coś w zeszycie, bo nauczyciel tak przynudza, że nawet odechciewa się udawać, że się go słucha, a tu nagle ktoś klepie was po ramieniu i zaczyna odliczanie. I już wiecie, że od niechybnej śmierci dzielą was sekundy, bo odlicza nie tylko osoba, która was klepnęła, ale praktycznie połowa klasy. Wiecie, że nie ma drogi ucieczki, ściany się przybliżają, koniec jest bliski, możecie już dojrzeć światełko na końcu tunelu.
    Znajome uczucie?
    Założę się, że tak.
    Wyobraźcie sobie, że ostatnio doświadczyłam swoistego deja vu. Poczułam się jak w takiej klasie, kiedy do ręki wpadła mi pierwsza od nie wiadomo ilu książka polskiego autora, po którą sięgnęłam z własnej i nieprzymuszonej woli, bynajmniej nie chcąc zmieszać jej z błotem, wyśmiać autora i akapit po akapicie zanalizować debilizmy. Właściwie już słyszałam odliczanie, kiedy przewróciłam stronę i moim oczom ukazał się pierwszy rozdział.
    Ale zacznijmy od początku.
    Wiedziałam, że oto czas na zmiany po ostatnim Polconie, na który wybrałam się ze znajoma Żabencją. Dowiedziałam się, że nie ja jedyna mam dziwne zobaczenia dotyczące pewnych seriali, filmów i książek. Jednak jedno nie dawało mi spokoju. Za każdy razem, kiedy udało mi się z kimś nawiązać sensową rozmowę na temat książek padało to niewygodne pytanie "A jaki jest Twój ulubiony polski autor". No i mamy impas. Bo ostatnim polskim autorem, z którym toldie miała do czynienia to Katarzyna Berenika Miszczuk, a jej książki przeczytałam tylko po to, żeby dowiedzieć się czym się tak ludzie zachwycają. Skończyło się na dużej ilości spożytego alkoholu i serii analiz, w których razem z Żabencją nie zostawiłyśmy na autorce suchej nitki.
   Ale ile można twierdzić, że nie tyka się polskiej literatury właśnie przez takie kwiatki wiedząc, że nasza ojczysta literatura ma swoje dobre strony. To nic, że ani o jednej nie słyszałam od czasów Sapkowskiego i jego "Wiedźmina", czas więc zacząć szukać.
   Traf sprawił, że na Polconie pojawił się niejaki Jakub Ćwiek. Hałas jaki wokół siebie robił on sam, jak i dosyć wyraźnie widoczne grono rozchichotanych fanek, które były obecne na jego każdej prelekcji sprawił, że postanowiłam przyjrzeć się temu nieznanemu mi wcześniej fenomenowi.
   Tym sposobem pierwszą książkę po jaką sięgnęłam aby udowodnić samej sobie, że polska literatura popularna nie jest martwa byli "Chłopcy". Dlaczego? Może dlatego, że tydzień wcześniej nie miałam pojęcia kim jest autor? A może dlatego, że byłam skrajnie niewyspana podczas jego prelekcji na Polconie a i tak udało mi się nie zasnąć? A może dlatego, że jestem sprzedajną świnią, a facet po prostu potrafi zadbać o dobrą reklamę swoich książek?
   Po przeczytaniu, które nie zajęło dużo czasu, bo książka ma jakieś trzysta stron i dużą czcionkę pojawiły się dwa problemy, które nie dawały mi spokoju.
   Po pierwsze okazało się, że książka nie była zła, nie mogłam jej wyśmiać, wytknąć głupich momentów ani powiedzieć, że autor jest półmózgiem bez talentu.
  Po drugie, miała drugą część, a ja na prawdę obiecałam sobie, że nie będę w tym miesiącu kupować kolejnej książki, a wyglądało na to, że przyjdzie mi złamać daną sobie obietnicę.
    Na początek jednak pojawiło się zaskoczenie. Oto miałam do czynienia ze zbiorem opowiadań. Nie wiedziałam co mam na ten temat myśleć, bo preferuję jednak dłuższe formy, a ostatni zbiór opowiadań był autorstwa Stephena Kinga, a musicie przyznać, że to dosyć wysoko postawiona poprzeczka. Jednak nie zawiodłam się... zbytnio. Chłopców bowiem trudno jest traktować jako zbiór opowiadań, chociaż taką właśnie książka ma formę. Jednak historie dosyć mocno się ze sobą wiążą, tworząc zgrabną całość. Jest jednak kilka motywów lub postaci, które pojawiają się i znikają albo mają w ogóle nie wrócić albo wracają w najmniej oczekiwanym momencie, kiedy zdążymy już o nich zapomnieć.
    Odnośnie fabuły. Wyobraźcie sobie dorosłą wersję Piotrusia Pana. Nie żartuję, wyobraźcie sobie to. Zamiast chłopców... dorośli chłopcy, na motorach, w skórach, z nożami, bronią, wdychający czarodziejski pył jak kokę i rozwalających potwory na prawo i lewo. Gang ma swoją siedzibę w lunaparku Nibylandia, gdzie czeka na nich Dzwoneczek, wyuzdana „mama”, która rządzi całym interesem. A kiedy mówię interesem dokładnie to mam na myśli, bo chłopaki kręcą na boku kilka niezłych przekrętów. 

    Pierwsze co rzuciło mi się na oczy czytając Chłopców to niewątpliwie postaci. Zróżnicowane, ciekawie opisane, czasami wydają się być nakreślone zbyt topornie, że tak powiem, bajkowo, co nastręcza pytanie czy właśnie w ten sposób nie powinniśmy ich odbierać. Bo pomimo całej tej otoczki motocyklowego gangu cały czas czytelnik ma wrażenie, że czyta właśnie o takich dużych dzieciach, które usilnie próbują nie dorosnąć. Postaci jednak da się lubić, co z pewnością piszę się autorowi na plus, bo to w większym stopniu to one budują tu całą powieść.
    Piotrusia Pana oglądałam jako dziecko i szczerze mówiąc zawsze wolałam historie o gadających zwierzętach, dlatego czasami potrzebowałam chwili namysłu, żeby sobie przypomnieć do czego dokładnie nawiązuje autor. Nie jest to jakimś dużym problemem, jednak bywało, że miałam wrażenie, że coś mi z historii umyka.

   Podsumowując, bo jak uczyła mnie nauczycielka w gimnazjum, to słowo jest potrzebne, aby zaznaczyć, że zmierza się ku końcowi, moje pierwsze od dawna spotkanie z literaturą polską uznaję za udane. Pan Ćwiek okazał się równie dobrym autorem jak i mówcą, chociaż na szczęście oszczędził nam swoich niekiedy betonowych żartów (poza posłowiem, tam mu się nie udało, ale tylko raz). Chłopców czyta się lekko i przyjemnie, zarówno pierwsza jak i druga część to zgrabnie ujęte historie, które pozwalają nam trochę lepiej poznać tę całą zgraję, która ze strony na stronę robi się coraz bardziej sympatyczna, pomimo, jak mogłoby się wydawać na początku szorstkiej powierzchowności bandy zdziczałych facetów na motorach.